Urlopu dzień 6 – bliskie spotkanie ze Św. Eliaszem

Czwarta nad ranem, może sen przyjdzie … nie, kurnia, nie przyjdzie bo za 15 minut zadzwoni budzik! Wakacje, urlop, czas lenistwa a ja wstaję o 4:15!! Do tej pory nie mogę pojąć co mnie podkusiło aby ochoczo zgłosić się na ochotnika na wyprawę w góry urządzaną przez WspółUrlopowiczów. A dokładnie na jedną górę – Sv. Ilija, 961 metrów nad poziom morza. Mam takie przebłyski, że było to podczas jednego z szakalowych wieczorów – „coooo, ja nie wejdę??”. No więc słowo się rzekło i idę.

Zaczynamy. Tam na górze będziemy za jakieś 3 godziny.

Zaczynamy. Tam na górze będziemy za jakieś 3 godziny.

Zdobycie szczytu zaczynamy od strony Orebiča – co prawda na górę można podobno dotrzeć również od strony Duby, jednak szlak jest mało używany i zarośnięty, więc prędzej można się zgubić niż dojść. Bez skojarzeń. Szybka zmiana outfitu na parkingu (znaczy ja nie miałem co zmieniać bo wybrałem się jak blondynka na Kasprowy – w sandałach :)) i ruszamy. Po kilkudziesięciu metrach wchodzimy na czerwony szlak, straszący napisem „Sv. Ilija 2.45h”. „Pffff, chyba dla cieniasów” pomyślałem, i była to moja ostatnia tego typu refleksja.

Od tego momentu szedłem też bardzo skupiony i z oczami dookoła głowy, WspółUrlopowicz wspomniał bowiem, że góra ta zwana jest również Wężową Górą z racji występowania na niej poskoków. I to w dużych ilościach. I nie wystarczy rozglądanie się pod nogami bo węże te bardzo lubią zwieszać się z drzew (do końca drogi miałem przed oczami pamiętną scenę z Indiany Jonesa …). Na szczęście informacja ta spowodowała natychmiastowe dobudzenie się, dzięki czemu mogłem podziwiać krajobrazy i cykać fotki. A było warto. Słońce jeszcze nie dawało się we znaki (no kurde, 5 rano!), szło się więc całkiem sprawnie. Prawdopodobnie byliśmy też pierwszymi turystami, którzy z nudów wybrali wejście na górę, bo szlak był dosłownie utkany pajęczynami – w niektórych miejscach czułem się jak Bilbo w Mrocznej Puszczy. Na szczęście WspółUrlopowicze szli przodem i to oni bohatersko brali na klaty wszystkie pajęczyny. Wraz z ich twórcami …

Po półtorej godzinki zrobiliśmy krótką przerwę – wszyscy mieli dość udawania, że to zwykły spacerek przez park, zero zmęczenia i w ogóle 😉 Wystraszyliśmy się na dobre, słysząc w krzakach jakieś szelesty i już widząc się jako przekąska dla lokalnej zwierzyny, ale na szczęście był to tylko jakiś turysta, który to miejsce wybrał sobie na nocleg (swoją drogą niezła odwaga lub bezmyślność, tu naprawdę jest dziki Pelješac). Wyglądał dziwnie („ma dużą głowę i cienkie ręce”, stwierdziła WspółUrlopowiczka), więc po uzupełnieniu płynów i całej reszty ruszyliśmy dalej. Sandały spisywały się nieźle – nigdzie nie spadłem ani się nie ześlizgnąłem i po kolejnej godzinie dotarliśmy do opuszczonego domku „pasterskiego”. Tam zrobiliśmy kolejną przerwę i miło pogawędziliśmy z trzema chorwackimi turystkami.

Wreszcie – atak na szczyt! Na Sv. Ilija można się poczuć normalnie jak pan świata – słońce stało już dość wysoko, mogliśmy więc podziwiać świetne widoki. Z jednej strony nasza Duba, a z drugiej Orebič i Korčula. Przeszliśmy grzbietem jeszcze jakieś 200 metrów aby na jednym zdjęciu uchwycić oba miasta, jednak jak na złość pojawiły się jakieś chmury i z fotek wyszły nici. Prawdziwa złośliwość losu dała znać o sobie, kiedy postanowiliśmy wracać – chmury zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Droga powrotna zajęła nam nieco więcej czasu – wybraliśmy inny szlak, który według opisu miał być krótszy, a w rezultacie okazał się dłuższy, zarówno czasowo jak i kilometrowo. Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło, bo wzbogaciłem się o kilka fajnych zdjęć. W międzyczasie zwątpiliśmy też w swoje umiejętności, bo na trasie wyprzedziło nas dwóch turystów Niemiec, których spotkaliśmy na szczycie. Wyruszyli grubo po nas. Mieli 70+ lat … Ale pocieszyliśmy się, że pewnie byli komandosami 🙂 Długa droga w pełnym słońcu została wynagrodzona widokiem klasztor Franciszkanów, który sam w sobie jest niezwykłym zabytkiem, a dodatkowo „przytula” cmentarz mieszczący grobowce orebičowskich żeglarzy.

Przygodę zakończyliśmy w lokalnej konobie, gdzie przy zimnym piwku powoli zregenerowaliśmy siły. Po powrocie do Duby starczyło jeszcze czasu aby chwilę poopalać się i popływać, wieczorem zaś zrobiliśmy … grilla. Tym razem WspółUrlopowicz przyrządził przepyszne rybki, zjedzone w towarzystwie „pozostałości” wyniesionych z konoby Antunovič poprzedniego wieczora oraz bardzo popularnej w Chorwacji blitvy (boćwiny). A żeby nie było, że zmyślam i nigdy tam nie poszedłem, a zdjęcia mam od kogo innego, jako dowód – zapis z Endomondo 🙂

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s