Urlopu dzień 5 – Korcula i konoba Antunovic czyli znowu jemy i pijemy

Pogoda wydawała się łaskawsza niż dnia poprzedniego, ale nie na tyle łaskawa, żeby można było pogłębiać opaleniznę. Zdecydowaliśmy się więc wykorzystać tę nieco gorszą aurę na zwiedzenie Korčuli. Ponownie udaliśmy się do Orebiča, skąd po 20 minutach dotarliśmy taksówką wodną do rodzinnego miasta Marco Polo (jak głosi legenda, chociaż prawa do urodzin tego sławnego podróżnika rości sobie również Wenecja). Jeśli pojawicie się w tamtej okolicy to gorąco namawiam do zwiedzenia starego miasta bo jest po prostu przepiękne – nie na darmo Korčulę zwą Małym Dubrownikiem.

Patrząc z lotu ptaka stare miasto przypomina szkielet ryby – wąskie uliczki odchodzące od „kręgosłupa” robią za ości. Na dość niewielkiej powierzchni mieści się bardzo dużo zabytkowych budowli, m.in. katedra Św. Marka (tym razem już po remoncie więc udało nam się wdrapać na wieżę), dom Marco Polo, pałace Arneri i Gabrielis (obecnie siedziba Muzeum Miejskiego) czy Ratusz. Nawet Brama Miejska jest sama w sobie perełką architektoniczną. Z racji niewielkich odległości pomiędzy zabytkami można je w miarę szybko obskoczyć, a następnie udać się do jednej z wielu restauracji usytuowanych przy nadmorskim bulwarze na zasłużony wypoczynek i posmakować kolejnych potraw kuchni chorwackiej.

Kilka godzin w Korčuli zleciało nie wiadomo kiedy, musieliśmy więc już wracać, tym bardziej, że na wieczór planowana była kolejna uczta kulinarna. Dwa dni wcześniej zaklepaliśmy sobie kolację we wspomnianej we wcześniejszym wpisie konobie Antunović, zachwalanej przez WspółUrlopowiczów. I jak zwykle nie zawiedliśmy się. Sama konoba jest niewielka – tak naprawdę są to dwa pomieszczenia przeznaczone dla gości, przy czym w jednym znajduje się ogromny piec, w którym przygotowywane są wszelkie potrawy na ciepło, w drugim zaś wygłodniali turyści czekają na swoje dania. Z powały zwieszają się ogromne szynki, przy czym nie są to jedynie eksponaty, a dojrzewające w spokoju kawałki „mięcha”. Trzeba uważać, aby taka świńska nóżka nie pobrudziła ubrania, bo od czasu do czasu tłuszczyk lubi sobie skapnąć na dół. Co zrobić, taką mamy grawitację 😉

Fotki trochę ciemne i niewyraźne bo było dość ciemno, a mój fon nie ma lampy 😦

Jako aperitif dostaliśmy przepyszną travaricę czy ziołową wersję rakiji, a już po chwili na stół wjechał „zimny talerz”. Czego tam nie było … doskonała chorwacka szynka pršut, suche kiełbaski, kilka rodzajów sera (krowi, owczy, kozi i mieszany), salami, cebulki z octu, solone oliwki i wiśnie z octu, które pierwszy raz w życiu jadłem w takiej postaci (pyszności!). Ach, zapomniałbym o domowym chlebie wypiekanym na miejscu. Aby umilić nam oczekiwanie na danie główne dostaliśmy karafkę czerwonego wina – najbardziej spodobało mi się, że nie musieliśmy go zamawiać ponownie, bo pani z winem pojawiała się niczym duch gdy karafka zaczynała być pusta. A potem na stole pojawił się honorowy gość tego wieczora – janjetina ispod peke czyli jagnięcina duszona z ziemniakami i warzywami w specjalnym naczyniu przysypanym żarem. Możecie wierzyć mi na słowo – to jest tak dobre, że pisząc te słowa powoli zaczyna mi burczeć w brzuchu.

Niestety, wszystko co dobre szybko się kończy, musieliśmy więc wracać do domu. Na pożegnanie dostaliśmy pakuneczek z resztkami naszej kolacji – było tego tak dużo, że nie daliśmy rady wcisnąć wszystkiego na jeden raz.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s