Urlopu dzień 4 – w Chorwacji też czasami leje, a my kibicujemy Argentynie

Czwartego dnia beztroskiego wakacyjnego lenistwa obudziła nas ulewa. Taka prawdziwa. Przyzwyczajony do szumu fal nie zwróciłem na nią uwagi, dopiero dźwięk rozbijanej popielniczki na balkonie uświadomił mi, że coś jest nie tak. Pogoda zrobiła się taka, że dobrze wychowany Anglik powiedziałby „it’s raining cats and dogs”, slangowy Polak stwierdziłby, że „rzuca żabami”, ja natomiast miałem gdzieś konwenanse i po staropolsku wycedziłem przez zęby „kur..de, ale leje!”.

Spieniony wiatr zachodnie goni fale czy jakoś tak 😉

Oprócz wspomnianej popielniczki (nie przyznaliśmy się do jej utraty), ofiarami wichury padła wkładka do butów antyjeżowcowych (na szczęście miałem 2 pary) oraz poddupnik na krzesło, ale nie to było najgorsze. Okazało się, że burza prawdopodobnie powaliła jakieś drzewo, które uszkodziło linię elektryczną – nie mieliśmy więc prądu. A ponieważ prąd był potrzebny również do zasilania hydroforu, nie mieliśmy również wody. Co prawda nasz „właściciel” zasugerował żebyśmy nabrali sobie w kubełek wodę morską do spłukiwania toalety no ale przecież dzień bez kawusi, dniem straconym. Nie uśmiechała mi się również wizja prowizorycznej toalety – na jednym patyku wieszamy kąpielówki, a drugim odganiamy się od szakali, postanowiliśmy więc uderzyć na kawę do miasta. Tym razem wybór padł na Orebic.

W linii prostej to tylko 5.5 km, ale jeszcze nie przyszedł czas na przebijanie się przez góry. Pozostał więc transport samochodowy i po ok. 50 minutach jazdy dostaliśmy się do naszego celu. Orebic to bardzo urokliwe miasteczko, a dodatkowo słynie z najlepszych (podobno) swego czasu żeglarzy basenu Morza Śródziemnego. Po zakończeniu kariery i przejściu na zasłużoną emeryturę (czyli pewnie po złupieniu odpowiedniej ilości statków ;)) osiedlali się w Orebicu na stałe, budując piękne rezydencje, które można oglądać do dzisiaj. Ich podziwianie było nieco utrudnione przez padający deszcz, szybko więc dopadliśmy jakąś osłoniętą kawiarnię z widokiem na morze i uzupełniliśmy zapasy kofeiny, a pyszne rogaliki z pobliskiej piekarni smakowały jak jeszcze nigdy (pomysł wyszedł od pani kelnerki, jako że w karcie nie było nic do jedzenia).

Wykorzystaliśmy fakt, że deszcz zapomniał o padaniu i wybraliśmy się na chwilę do portu. Niestety, sesja zdjęciowa została brutalnie przerwana przez ulewę, której wróciła pamięć. Padł pomysł aby udać się na jakieś jedzenie, trafiliśmy więc do konoby gdzie zebraliśmy siły przy zupach (rybne – panowie, pomidorowe – panie). Wycieczkę zakończyła wizyta w lodziarni – mimo brzydkiej pogody było naprawdę gorąco i duszno. Po powrocie do domu morze nadal nie zachęcało do bratania się z nim, dlatego też zorganizowaliśmy domówkę, kibicując Argentynie i Bośni i Hercegowinie (mimo, że nie chcieli dotykać naszych paszportów!).

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s