Urlopu dzień 0 – jesteśmy w Du(p)bie

Wreszcie! Po wielu miesiącach oczekiwań, ciężkiej pracy w pocie czoła i kompletowaniu sprzętów plażowych jedziemy na urlop do Chorwacji! Planowy wyjazd o 4 rano nieco się przesuwa z powodu rewolucji żołądkowych i ostatecznie startujemy o 7. Pogoda w kratkę ale idealna do jazdy. Krzysztof „ze mną na pewno dojedziesz do celu” Hołowczyc prognozuje pokonanie nieco ponad 1300 km na 16 godzin ale po chwili się poprawia – mamy dotrzeć na miejsce nieco po 21:15.

Jedziemy. Po wątpliwej jakości polskich drogach wbijamy się na autostradę i prujemy w kierunku Brna. Z marszu bierzemy Wiedeń i po kilku godzinach jazdy odbijamy na Maribor. Kilka przystanków na kawę i „sprawdzenie czy rowery stoją” irytuje Hołka, który zaczyna przesuwać godzinę przybycia w kierunku północy. Przy okazji psuje mu się ilość km do przejechania, nie mówiąc już o poprawności pokazywania pasów ruchu – gdyby nie oznaczenia na autostradzie, rady Krzycha poprowadziłyby nas na manowce.

I w końcu … Chorwacja! Po krótkim chaosie przy bramkach wpuszczających na autostradę (bilety wydawane ręcznie) pędzimy prawie pustą szosą, coraz bliżej urlopu. Pierwszy niepokój pojawia się po zjeździe z autostrady. Grzecznie prowadzeni przez Hołka wjeżdżamy w pola winorośli, gdzie nawet rowery miałyby problem z wymijaniem się (czyżby jakaś zemsta Krzysia?). Po chwili jednak pojawia się cywilizacja wiec uspokojeni kontynuujemy podroż, teraz już po mocno lokalnych drogach. W międzyczasie zaszło słońce i w ciemnościach prawie przeoczyliśmy granicę z Bośnią i Hercegowiną. Dodatkowo celnicy traktowali swoje obowiązki bardzo umownie – na pierwszym posterunku nie było nikogo, ale i tak zatrzymaliśmy się na chwilę żeby nikt nas przypadkowo nie zastrzelił, na drugim natomiast znudzeni celnicy albo machali ręką albo oddawali paszporty jakby ich parzyły, nawet nie zaglądając do środka.

Magistrala Jadrańska zaprowadziła nas do Stonu, a potem zaczęło się ciekawie.

Według nawigacji ostatnie 100 km mieliśmy pokonać w 3 godziny! Byłem pewien, że Hołek celowo wprowadza nas w błąd i prowadzi h…ołek gdzie wie, więc kilka razy stawaliśmy aby skonsultować nasze położenie z inną nawigacją. Zdezorientowanie sięgnęło zenitu kiedy Krzysio kazał nam odbić z głównej drogi w prawie pionową ścianę!(no dobra, pionową może nie, ale po ciemku tak wyglądała). W dodatku zaczął ujawniać się dziki Peljesac – kilka razy minęliśmy szakale i spłoszyliśmy coś o rozpiętości skrzydeł ok 2 metrów. Sytuacji nie poprawiały ustawione co kilka km znaki ‚Uwaga, dziki’. Ale prawdziwy hardkor miał miejsce po wjechaniu na teren budowy – zaczęliśmy się czuć jak w filmie Wzgórza mają oczy czy Teksańska masakra piłą mechaniczną. Nie pomogło nawet pojawienie się kilku domów, bo wszystkie wyglądały na opuszczone i żywcem wyjęte z horrorów. Na szczęście nieco uspokoił nas telefon od WspolUrlopowiczow, którzy potwierdzili, ze jedziemy dobrze. Dwa szakale i trzy mordercze zakręty później dotarliśmy na miejsce. WspółUrlopowicze pomogli nam przenieść bagaże i wręczyli klucze do apartamentu. Udało się. Jesteśmy w Dubie. I Hołek miał rację – 16 godzin jazdy jak nic.

A z innej beczki – wszystkie niepokoje, strachy i zmęczenie ulatniają się, gdy z balkonu widać to:

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s