Ale nuuuuudy w czwartym dniu Mistrzostw Świata!

Popcorn zrobiony, piwo schłodzone, wygodna pozycja w fotelu z pilotem w ręku przyjęta, i co? I jajco 😦 Mecze, po których spodziewałem się wielkich emocji, czyli Francja – Honduras i Argentyna – Bośnia i Hercegowina, były tak emocjonujące jak łowienie ryb czy zbieranie grzybów. Honor uratowały drużyny Szwajcarii i Ekwadoru serwując swoim fanom prawdziwy horror w końcówce meczu.

Zacznę więc może od najciekawszego spotkania nudnej mundialowej niedzieli. Od początku meczu Ekwadorczycy usiłowali przekonać swoich bardziej utytułowanych rywali (przynajmniej tak mówi ranking FIFA), że kopciuszkiem w tym starciu nie będą. Mocno zdziwieni Szwajcarzy boleśnie przekonali się o tym już w 22 minucie, gdy Valencia pokonał głową bezradnego Benaglio. Reszta pierwszej połowy przebiegła pod znakiem dominacji Szwajcarii – Ekwadorczycy cofnęli się na swoją stronę boiska i wyglądali, jakby chcieli dowieźć wynik do końca. Niestety, taka postawa zemściła się już na początku drugiej połowy, kiedy to wyrównującą bramkę zdobył Mehmedi. Kolejne minuty to w zasadzie „cios za cios” i kontra za kontrę. Aż przyszedł doliczony czas gry i prawdziwy horror – Ekwadorczycy bohatersko rzucili się na bramkę Benaglio, jednak zbyt długo zwlekali w polu karnym z oddaniem strzału. To zemściło się w postaci natychmiastowej kontry Szwajcarów i zdobyciem przez nich zwycięskiej bramki.

Wieczorem nastała nuda numer jeden – Francja – Honduras. Jak mawiają, drużyna gra tak dobrze, jak pozwala przeciwnik, a w tym spotkaniu Honduras pozwalał na wiele. Francja jednak nie potrafiła wykorzystać tej sytuacji, i mimo, że wynik może wskazywać na coś innego (3:0 dla trójkolorowych), to na boisku naprawdę wiało nudą. Co ciekawe, Francuzi większą część meczu grali z przewagą jednego zawodnika (w 42 minucie Palacios dostał czerwoną kartkę za faul w polu karnym), ale nie potrafili tego przekuć na wyższe prowadzenia. Z ciekawostek meczowych – w drużynie Hondurasu wystąpił Boniek (ale Oscar, a nie Zbigniew), a technologia goal-line przydała się po raz pierwszy, przy drugiej bramce dla Francji.

I wreszcie północ, godzina duchów. Tak właśnie wyglądali piłkarze Argentyny, nieporadnie snujący się po boisku w pierwszej połowie meczu z Bośnią i Hercegowiną. I to mimo prezentu sprawionego przez debiutujących w mistrzostwach świata Bośniaków, którzy już w 3 minucie wbili sobie samobója. Zupełnie niewidoczny był Messi, ale to było również „zasługą” trenera, którzy w zasadzie nie zapewnił mu żadnego wsparcia. To zmieniło się dopiero w drugiej połowie, kiedy geniusz Lionela błysnął na chwilę, zmieniając wynik meczu na 2:0 dla Argentyny. Skazani na pożarcie chłopcy do bicia z Bośni pokazali jednak pazur w 85 minucie, kiedy to do bramki trafił Vedad Ibisevic. I można tylko spekulować, jak potoczyłby się mecz, gdyby nie ten nieszczęsny samobój.

A dzisiaj starcie gigantów – Niemcy zmierzą się z Portugalią! Mam nadzieję, że przynajmniej to spotkanie nie powieje nudą.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s