Pizza bije fish & chips czyli Mistrzostw Świata dzień trzeci

Trzeci dzień Mistrzostw Świata w piłce nożnej był chyba najbardziej interesujący. W zasadzie wszystkie rozegrane wczoraj mecze (uwzględniając różnicę czasu) dostarczyły kibicom sporej dawki emocji. Jak już wspominałem, moim „must see” było starcie Włochów z Anglikami, ale zerkałem także i na inne spotkania. A naprawdę było warto.

Piłkarską sobotę otworzyła Kolumbia z Grecją. Zapewne nie tylko w mojej pamięci pozostaje rok 2004 kiedy to Grecja sięgnęła po mistrzostwo Europy wprawiając wszystkich w osłupienie i pokazując, że można wygrywać tak naprawdę broniąc się (i przy okazji „wzbogacając” o kwotę ponad 600 tysięcy Euro gracza, który konsekwentnie obstawiał wygrane Hellenów w kolejnych meczach). Niestety, już w 5 minucie Kolumbia pokazała Grekom miejsce w szeregu, umacniając swoje prowadzenie w drugiej połowie i dobijając przeciwnika w ostatniej minucie meczu. Kolumbia – Grecja 3:0.

W kolejnym spotkaniu faworyt, Urugwaj, miał rozjechać Kostarykę, nawet bez Suareza, który nabawił się kontuzji na jednym z treningów reprezentacji. Niestety Urugwajczycy chyba nie docenili przeciwnika, bo tak naprawdę nie mieli zupełnie pomysłu na sforsowanie obrony Kostaryki. Co prawda karny podyktowany i wykorzystany w 24 minucie poderwał kibiców Urugwaju do głośniejszego dopingu, ale ucichł on w 54 minucie drugiej połowy, kiedy to piłkę do bramki Urugwajczyków skierował Campbell. 3 minuty później Fernando Muslera po raz kolejny wyciągał piłkę z siatki po strzale Duarte, a pod koniec meczu urugwajski doping na stadionie zamilkł zupełnie po golu Ureny, wprowadzonego na boisko minutę wcześniej. W doliczonym czasie gry niechlubnie zapisał się Pereira dosłownie kosząc z nóg Campbella – czerwona kartka jak najbardziej zasłużona. Urugwaj – Kostaryka 1:3.

I wreszcie top mecz wczorajszego dnia: Anglia – Włochy. Mimo później pory emisji – północ, o zgrozo, udało mi się wytrwać przy odbiorniku. A zasługą tego było naprawdę świetne spotkanie, dynamiczne, obfitujące w kontrataki, sytuacje podbramkowe i spektakularne strzały z dystansu. Zresztą tak właśnie otworzył wynik meczu Claudio Marchisio, przy strzale którego nawet wyciągnięty jak struna Hart nie miał nic do gadania. Niestety, Włochom nie dane było długo cieszyć się z prowadzenia – 2 minuty później po składnej akcji precyzyjnie dośrodkował Rooney, a nogę do siatki skierował Sturridge, przywracając nadzieję w serca angielskich kibiców. Z pozaboiskowych wydarzeń – fizjoterapeuta synów Albionu tak ucieszył się z gola, że źle stanął i skręcił kostkę (został zniesiony na noszach). Po przerwie obie drużyny w zasadzie nie zmieniły taktyki, czekając na odsłonięcie się rywala bądź wyprowadzenia szybkiej kontry. W 50 minucie składną akcję przeprowadzili Włosi – po dokładnym podaniu Candrevy Balotelli „dostawił” głowę do piłki pokonując Harta. Wynik 1:2 utrzymał się już do końca meczu, mimo kilku znakomitych sytuacji z obu stron (świetną okazję miał ponownie Balotelli, technicznie przelobowując bramkarza Anglików, ale na ich szczęście piłkę wybił obrońca). Podsumowując: Włosi zagrali badzo dobre spotkanie, a indywidualista Balotelli jak na razie nie zawodzi na imprezie dużej rangi. Pirlo jak zwykle znakomity w obronie, a kontuzjowany Buffon spokojnie może obserwować poczynania swojego zmiennika. Anglicy z kolei pokazali jak zawsze dynamiczny futbol, i mimo problemów ze sforsowaniem obrony Azzurich, mogą sporo na turnieju namieszać. Wydaje mi się jednak, że trener powinien bardziej zaufać „młodej krwi” – Rooney nie jest już tym samym zawodnikiem co 10 lat temu, gdy zostawał wicekrólem Euro 2004.

Ostatni wczorajszo-dzisiejszy mecz, Wybrzeże Kości Słoniowej – Japonia, obejrzałem rano po śniadaniu jako powtórkę – godzina emisji (3 nad ranem) była zbyt późna (lub wczesna) nawet dla mnie. To spotkanie krótko i dobitnie podsumowuje stwierdzenie „dwie minuty, które wstrząsnęły Japonią”. O ile zawodnicy z Kraju Kwitnącej Wiśni całkiem nieźle rozpoczęli ten mecz, pieczętując swoją przewagę bramką strzeloną w 16 minucie, o tyle potem było już gorzej. Wyglądali jakby słabli z minuty na minutę oraz stracili pomysł na grę, całkowicie oddając inicjatywę w ręce graczy z WKS. Ci drudzy co prawda również nie bardzo mieli pomysł jak wpakować piłkę do bramki Japończyków, ale wprowadzony na boisko w 62 minucie Didier Drogba jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki odmienił grę Afrykańczyków – 2 minuty później do bramki Japończyków trafił Bony, a po kolejnych 2 minutach Eiji Kawashima musiał wyjmować piłkę z siatki po raz drugi. Taki wynik utrzymał się już do końca meczu: WKS – Japonia 2:1.

Dzisiaj kolejne mecze – spotykają się zespoły grup E i F. Tym razem baczniej przyjrzę się Francuzom grającym z Hondurasem, oraz Leo Messiemu usiłującemu wbić bramki Bośni i Hercegowinie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s