Sezon burz? A może raczej majowy kapuśniaczek?

Równo dwa tygodnie temu, jak grom z jasnego nieba (no w końcu tytuł do czegoś zobowiązuje, nie?;)), gruchnęła informacja o nowej książce autorstwa Andrzeja Sapkowskiego. I nie byłoby w tym nic zaskakującego, gdyby nie fakt, że Sezon burz ponownie przenosi nas do uniwersum Wiedźmina.

sezon_burz3dRGB

Ale po kolei, first things first, jak mawiają Rzymianie … Pierwszym zaskoczeniem była sama zapowiedź książki. Przyzwyczailiśmy się, że wydawnictwa promują swoje nowości na długo przed tym, zanim trafią one na półki księgarń. Szczególnie, jeśli chodzi o potencjalne bestsellery, a takim nowy Wiedźmin z pewnością zostanie. Tymczasem wraz z informacją o nowej powieści Sapkowskiego, pojawiała się też jej data wydania – oficjalna premiera miała miejsce wczoraj, ale kupując książkę w przedsprzedaży można było ją otrzymać jeszcze w październiku. Zaiste dość intrygujący sposób promocji, jak powiedziałby Jaskier.

Po drugie sporo zamieszania wzbudziła sama fabuła. Jak już wspomniałem we wcześniejszym wpisie, Internet zaroił się od teorii spiskowych, według których Sezon burz dotyczyć miał zupełnie innego wiedźmina. Teoretycznie miało to sens – Pani Jeziora niby zamknęła wątek Geralta, ale z drugiej strony zakończenie powieści pozostawiało duże pole do popisu jeśli chodzi o losy najbardziej znanego zabójcy potworów. Sam Andrzej Sapkowski napomknął również w zeszłym roku o pracach nad kontynuacją przygód Geralta, a dodatkowo opublikowany fragment nowej powieści czarno na białym przestawiał naszego wiedźmina podczas pracy (niestety, nie spełniły się moje prognozy dotyczące wyczerpania się puli wiedźmińskich imion – przegrałem zakład i muszę sobie postawić piwo :)).

Ale skończmy z tymi przystawkami i przejdźmy wreszcie do dania głównego. Sezon burz jest całkiem dobry, powiedzmy sobie szczerze. Jest lepszy niż się spodziewałem, mimo operowania schematami znanymi z poprzednich powieści. Mamy więc to co tygryski lubią najbardziej – wiedźmina w akcji, operującego swymi legendarnymi mieczami, które swoją drogą stają się drugoplanowymi bohaterami, ale również w zasadzie wszystkim co wpadnie mu w rękę. Mamy też czarodziejkę, a nawet czarodziejki, z którymi jak można się domyślać, prędzej czy później połączą Geralta bliższe stosunki. A nawet głębsze.

Mamy oczywiście dworską intrygę, która jest oparta na mniejszej intrydze, która jest oparta na … itd itp, wiecie o co mi chodzi. Mamy Jaskra, mamy nieludzi (jeśli na scenie pojawia się charakterystyczny krasnolud możemy być pewni, że stanie murem za wiedźminem), mamy dumnych możnych postrzegających świat za pomocą ilości złota potrzebnego do kupienia danej rzeczy czy osoby oraz prostych wieśniaków, którzy w ramach nagrody za uratowanie im życia/domu/pieniędzy (niepotrzebne skreślić), wyzwą wiedźmina od odmieńców i obrzucą tym co akurat mają pod ręką. Mamy wreszcie siermiężny humor, przemycony do powieści w ilościach dostatecznych aby się pośmiać i wystarczających aby się nim nie irytować.

Z pewnością formujecie teraz pytanie – co w takim razie przekona mnie abym sięgnął po Sezon burz, skoro w zasadzie jest w nim wszystko, co w poprzednich powieściach czy opowiadaniach? A no właśnie dlatego. Dlatego, że jest w niej wszystko to, za co kochamy wiedźmina. Co wciąga nas w to uniwersum i po przeczytaniu sprawia, że myślicie „Chcę więcej!”. I chociaż osobiście wolałbym, aby Andrzej Sapkowski zajął się tworzeniem zupełnie nowego cyklu na miarę Trylogii husyckiej (tylko nie Żmija, proooszę!), to nie mam nic przeciwko, aby od czasu do czasu zabrał mnie na przygodę z Geraltem.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s