Gra Endera na dużym ekranie – mogło być lepiej.

Kilka dni temu obejrzałem w końcu długo wyczekiwaną ekranizację Gry Endera, powieści SF autorstwa Orsona Scotta Carda, która w moim prywatnym rankingu plasuje się w pierwszej trójce tego typu literatury. Dzisiaj, po ostygnięciu pierwszych emocji i okrzepnięciu w opiniach na temat przeniesienia książki na duży ekran, chciałbym podzielić się z Wami moimi subiektywnymi wrażeniami po projekcji filmu. Dla osób, które nie lubią czytać, szybkie podsumowanie w żołnierskich słowach: nie jest źle, ale dupy też nie urywa.

Ender1

Zacznijmy od tego, że na film oczekiwałem jako wielki fan twórczości Carda, a cyklu o Enderze w szczególności (cała seria liczy 16 książek) – dość powiedzieć, że pierwszy raz spotkałem się z Andrew Wigginem na łamach Fantastyki, gdzie powieść ta była drukowana w odcinkach. Od tamtego czasu wracałem do Gry Endera kilkukrotnie, można więc powiedzieć, że na film szedłem niejako „skażony”.

Ender5

Początek okazał się zaskakująco dobry – reżyser „delikatnie” wprowadza widza w świat Endera, nie serwując nam zbyt wielu skrótów i rzutu na głęboką wodą. Jednak już tutaj pojawia się pierwszy zgrzyt – książkowy Andrew ma 6 lat w momencie rozpoczęcia powieści, podczas gdy jego filmowy odpowiednik zagrany przez Asę Butterfielda wygląda na co najmniej 14-15. Rozumiem, że zaangażowanie do produkcji grupy sześciolatków byłoby trudne, jednak dzięki zabiegowi wydoroślenia obsady tracimy nieco na moralnym aspekcie powieści – czy naprawdę można pozbawiać dzieci dzieciństwa i traktować je wyłącznie jako instrumenty w imię wyższego dobra? Dzieci, których psychika dopiero się formuje i której wszelkie zmiany mogą mieć nieodwracalne i niewyobrażalne konsekwencje? Będąc przy wprowadzeniu do historii, duży plus dla tłumaczy – ojciec Endera, John, to po prostu nasz Janek – jego książkowy pierwowzór jest Polakiem.

Ender2

Na szczęście dalej jest już nieco lepiej, aczkolwiek tylko przez pewien czas. Sednem książkowego szkolenia w Szkole Bojowej były gry prowadzone przez armie rekrutów w specjalnych salach treningowych. I z zadania ich pokazania ekipa filmowa (a raczej spece od efektów specjalnych) wywiązała się na piątkę z plusem. Problem jednak w tym, że przejście Endera od żółtodzioba do pełnoprawnego dowódcy, wyróżniającego się nie tylko zmysłem taktycznym ale i charyzmą, zdolnego pociągnąć za sobą każdego żołnierza, jest niebywale krótkie! Zapewne zrezygnowano w ten sposób z wydłużania filmu, jednak przykładowo scena z kantyny, gdzie starterzy po kolei przysiadają się do stolika Endera po prostu wywołuje na twarzy uśmiech zażenowania – reżyser pokazuje palcem: „patrzcie, teraz właśnie zaczęli go szanować”. Na scenę, w której Ender jak rasowy kowboj i kaskader w jednym, pozbywa się kolejnych przeciwników, litościwie spuszczę zasłonę milczenia. Rozczarowaniem jest również sam rozmiar Szkoły Bojowej – jej filmowa wersja wygląda raczej jak klaustrofobiczna stacja kosmiczna, a nie stacja bojowa z prawdziwego zdarzenia, mieszcząca kilka sal treningowych oraz kwatery, w których stacjonują liczące około 40 żołnierzy armie.

Ender4

Kolejny wątek, który zupełnie nie przypadł mi do gustu to relacja Ender – Petra Arkanian. W książce dziewczyna uczy Endera strzelać, w filmie natomiast reżyser postawił na nastoletnią namiastkę romansu między tymi dwiema postaciami. Jedyny powód, który przychodzi mi do głowy to próba skierowania filmu do szerszej, czytaj: dziewczęcej, widowni: „hej, patrzcie, mamy love story w SF”. Słabe to i zupełnie niepotrzebne, a dodatkowo nic nie wnoszące do rozwoju fabuły.

Pochwalić natomiast wypada i należy Grę Fantasy, sprzęgniętą z umysłem Endera i reagującą na jego stany emocjonalne. Graficy znakomicie spisali się przy kreowaniu tych animacji i mimo, że jest ona znacznie bardziej uboga niż jej książkowy odpowiednik, to jednak główne przesłanie zostało zachowane. Dzięki temu przynajmniej częściowo możemy „wczuć” się w Endera i doświadczyć jego rozterek.

Ender6

Od strony aktorskiej film nie powala. Wydawać by się mogło, że nazwisko Harrisona Forda powinno gwarantować wysoki poziom obrazu, jednak kilka pierwszych scen z jego udziałem utwierdziło mnie w przekonaniu, że nawet klasowi aktorzy mogą mieć swoje gorsze dni. Ben Kingsley jako Mazer Rackham, legendarny dowódca ziemskiej floty, to w zasadzie tylko tatuaż na twarzy i ciekawy akcent. Paradoksalnie, bardzo dobrze od strony aktorskiej wypadł Asa Butterfield jako Ender, chociaż widać, że chłopak musi jeszcze obyć się nieco z kamerą. Jednak najlepiej, moim zdaniem, poradził sobie Moises Arias wcielający się w postać Bonzo Madrida. Od pierwszych chwil, gdy pojawia się na ekranie wiadomo, że dąży do celu za wszelką cenę. Po trupach.

Na koniec mały przytyk do reklam filmu, uskutecznianych przez Multikino. Drodzy PijaRowcy, Gra Endera to nie jest „Harry Potter w kosmosie”, a Szkoła Bojowa to nie jest Hogwart. W roku 1977, kiedy ukazało się opowiadanie będące podwalinami powieści Carda, pani Rowling zapewne zastanawiała się jaki wybrać błyszczyk i do głowy by jej nie przyszło tworzyć Endera w świecie czarodziejów.

A na sam koniec zagadka: po czym poznać, że film Gra Endera jest bardzo, ale to bardzo politycznie poprawny? Odpowiedź: majora Andersona gra … Viola Davis, czarnoskóra Amerykanka.

PS. Ogromy plus za genialną ścieżkę muzyczną!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s