Upał w wielkim mieście

Upał, skwar, żar  lejący się z nieba, gorące powietrze powodujące omamy i inne fatamorgany – wiecie o czym mówię, prawda? Po serii „występów wyjazdowych”, ten weekend spędzałem w Wiedniu. Gdy po raz kolejny z trudem odlepiłem się od krzesła, powiedziałem sobie: dość bicia rekordów ciepła, czas się schłodzić.

Pogoda się nieco popsuła, ale panie, my ze szwagrem nie w takich warunkach się kąpali ;)

Pogoda się nieco popsuła, ale panie, my ze szwagrem nie w takich warunkach się kąpali 😉

Cel był prosty – coś większego niż wanna, ale mniejszego niż morze, którego zresztą Austria już nie posiada (co ciekawe, austriacka Marynarka Wojenna przestała istnieć dopiero w 2006 roku). Baseny wydały mi się zbyt mainstreamowe, zresztą przy takiej pogodzie ludzi jest tam więcej niż mrówek w mrowisku, wybór padł więc na Badeteich Hirschstetten, czyli jezioro ( a raczej jeziorko, ale o tym później) ulokowane w 22 dzielnicy Wiednia. Tam gdzie wrony zawracają, a psy szczekają wiecie czym 😉

Wstyd przyznać, ale nigdy tam jeszcze nie byłem, cała więc moja wiedza o tym zbiorniku wodnym opierała się na opowieściach znajomych i fotkach z netu – w obu przypadkach jezioro jawiło się bosko. Pierwsze rozczarowanie nadeszło wraz z organoleptyczną oceną wielkości Badeteich Hirschstetten. Będąc dzieckiem bardzo dużo czasu spędzałem nad Łukczem na Pojezierzu Łęczyńsko-Włodawskim, tak więc spodziewałem się co najmniej tej samej ilości wody. Niestety, wiedeńskie jeziorko oferuje jej znacznie mniej (fotki też są podkolorowane ;)) No ale, jak mawia przysłowie, jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma 🙂

Drugą obawę wzbudziła ilość osób okupująca brzegi, ale ponieważ pogoda się nieco popsuła, większość z nich postanowiła ewakuować się do domu. Tak więc zostaliśmy tylko my (ja i znajomi), łabędzie, ryby oraz najważniejszy punkt programu – budka z piwem, wurstami i innymi pysznościami. Nie, no żartuję oczywiście – na szczęście zagęszczenie kąpiących było minimalne, tak więc spokojnie można było popluskać się bez obawy uszkodzenia ciała.

A w drodze powrotnej złapał mnie ciepły deszcz i burza, która na szczęście przeszła bokiem. Dzisiaj znowu upały, będące preludium do kolejnej próby bicia rekordu – w środę ma być co najmniej 37 stopni w cieniu 😦 (wiem, wiem, nikt nie każe mi siedzieć w cieniu). Dobrze, że w pracy klima działa.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s